Wspólnota Polska
Wiadomosci
wspolnotapolska.org.pl

Światowe Zimowe Igrzyska Polonijne BESKIDY 2004

Pod koniec lutego do beskidzkiego Szczyrku ściągnęli obywatele dwudziestu państw. Przybyli ze wszystkich stron świata; połączyło ich polskie pochodzenie i zamiar sportowej rywalizacji w konkurencjach zimowych.

Hej, kto Polak na BESKIDY!

Pod koniec ubiegłego miesiąca do beskidzkiego Szczyrku ściągnęli obywatele dwudziestu państw. Przybyli ze wszystkich stron świata; połączyło ich polskie pochodzenie i zamiar sportowej rywalizacji w konkurencjach zimowych.

 

Trzecie już z kolei Polonijne Igrzyska Zimowe "Beskidy 2004" trzeba ocenić jako imprezę w pełni udaną. W pierwszych, rozegranych przed czterema laty w tym samym miejscu, startowało 220 zawodników z 16 państw, walczono o medale w czterech dyscyplinach. W tym roku blisko 600 uczestników rywalizowało w siedmiu konkurencjach. Zawodników gościł nie tylko Szczyrk, ale także sąsiednie miejscowości, które od pewnego czasu zaczynają konkurować pomiędzy sobą, starając się przyciągnąć uwagę organizatorów olimpiady. Samorządy Wisły, Cieszyna czy Bielska-Białej upatrują w igrzyskach polonijnych szans na promocję swoich miast, co zresztą już daje wyniki, ponieważ niektórzy Polonusi powracają w Beskidy prywatnie, często przywożąc ze sobą przyjaciół z kraju osiedlenia.

 

Inicjatorem tego "pospolitego ruszenia" światowej sportowej Polonii jest bielski Oddział "Wspólnoty Polskiej". Igrzyska wymyślił działacz tego stowarzyszenia Stefan Zuber, a na miano komandora zawodów w pełni zasługuje prezes Oddziału Wojciech Dębowski, który jest znakomitym menadżerem całej imprezy.

 

Na rozgrywanych co dwa lata igrzyskach regularnie bywają Polonusi amerykańscy. Jacek Michalik biznesmen z Detroit, w USA mieszka już dwanaście lat, ale pochodzi z Krynicy. Pomiędzy Australią i Ameryką już blisko ćwierć wieku krąży Stanisław Dudek, wykładowca. Sporą i rzucającą się w oczy grupę stanowili Polacy z Kanady, z daleka widoczni dzięki charakterystycznym czerwonym kurtkom z klonowym liściem. Naturalnie dominowali wśród nich mieszkańcy Toronto, którzy wypuścili nawet z okazji igrzysk specjalną gazetę "Maniak". Redaktor Paweł Jędruch z kanadyjskiego "Dziennika" systematycznie słał za ocean korespondencję dotyczącą olimpiady.

 

Organizatorzy z otwartymi ramionami witają zawsze gości z najodleglejszych zakątków planety. W tym roku na zawodach stawili się po raz pierwszy Polacy z Republiki Ałtaj i Kraju Ałtajskiego (Zachodnia Syberia, Rosja). Wraz z liczniejszą od nich ekipą z Tomska reprezentowali Polonię rosyjską.


- Było wspaniale! - krótko podsumowuje to sportowe wydarzenie "ozdoba igrzysk" (jak nazwała ją bielska mutacja "Gazety Wyborczej"), czyli Oksana Bałtowska, kierownik ałtajskiej drużyny, a jednocześnie prezes tamtejszego Centrum Kultury Polskiej. Wychowana w syberyjskiej głuszy dziewczyna, która nigdy dotąd nie bywała dalej niż w Barnaule, ciągle nie może uwierzyć, że wreszcie znalazła się w kraju, z którego zesłano do Azji jej pradziadka.


Zresztą pozostali zawodnicy z Ałtaju również po raz pierwszy w życiu przekroczyli próg Europy. Uczucia, jakie przy tym im towarzyszyły, dobrze ilustruje incydent z pierwszego dnia igrzysk: Oksana zaraz po przyjeździe wyskoczyła na peron, podbiegła do odwróconego tyłem mężczyzny, klepnęła go mocno w plecy i wykrzyczała do ucha swoje emocje: "Yes! My w Polsce!" Bogu ducha winny bielszczanin był mocno zaskoczony. Znacznie mniej od niego zdetonowana pani prezes wyjaśniła, że omyłkowo wzięła go za kolegę z ekipy.

 

Spisał się i Beskid na medal, oczarowując gości wspaniałą zimową szatą, szczodrze (czasami aż nazbyt!) dzień w dzień sypiąc śniegiem. Potężne białe czapy przykryły dachy i drzewa, przemieniając pejzaż górski w krainę prawdziwie bajkową, pejzaż wyjęty z filmów Disneya. A wyniki (wcale nie najważniejsze w tych akurat zawodach, ale niemniej...) rozczarowały jednych, uradowały innych; jak to zwykle w takich wypadkach bywa. Zawodnicy walczyli na cieszyńskim lodowisku, torze saneczkowym na Skrzycznem, na Dolinach sprawdzali swoje siły w slalomach, carvingu i snowbordzie, zaś biegi narciarskie i biatlon łuczniczy rozegrano na wiślańskiej Kubalonce.



W klasyfikacji drużynowej zwyciężyły Czechy, drugie miejsce zajęła Litwa, trzecie Białoruś. Kanada była czwarta, Stany Zjednoczone dziewiąte. Dwudzieste miejsce zajęła Australia, dzielnie reprezentowana przez... jednego tylko zawodnika, siedemdziesięciotrzyletniego Stefana Linderta, urodzonego na Podbeskidziu, od ponad pół wieku mieszkańca Queenslandu.


Daleko ważniejsze od samych wyników było coś innego - atmosfera, prawdziwie sportowa, ale też jakoś rodzinna. Kiedy podczas inauguracji igrzysk na stadionie w Szczyrku popłynęły słowa hymnu "Gaude Mater Polonia", wielu zabłąkanym w świecie dzieciom Biało-Czerwonej spojrzenia dumne i bojowe zmąciła łza. - Jesteśmy w domu - powiedział jeden z nich głosem ochrypłym od chłodu, a może od nagłego gorąca, które popłynęło gdzieś z głębi polskiej duszy.


Szkoda, że profesor Andrzej Stelmachowski zdołał wygłosić na otwarciu zawodów tylko jedno zdanie, za to przebijające zdecydowanie dowcipem dość napuszone mowy innych notabli, których organizatorzy zaprosili do otwarcia olimpiady. Pamiętać jednak należy, że koszty organizacji ponosi głównie Senat RP z funduszy przeznaczonych na współpracę z Polonią. Coraz bardziej angażują się jednak lokalne gminy, a także prywatni sponsorzy.
Potem były rauty, akademie, barwne popisy zespołów ludowych, dyskoteki, były Polaków po świecie rozrzuconych długie rozmowy nocne przy piwie żywieckim, prowadzone w przytulnych beskidzkich gospodach, gdy wicher górski za oknem świszczał, a w kominie wesoło trzaskały płonące drwa... I wówczas, i pośród zwykłych, codziennych spotkań zawodników, czy też w czasie rywalizacji na narciarskiej trasie, w momencie nieuchwytnym, między wieloma jeszcze niedawno obcymi sobie rodakami rodziła się więź serdeczna, poczucie wspólnoty. Osobiście wydaje mi się, że właśnie taka idea przyświecała twórcom igrzysk w pierwszym rzędzie.


- Koła polonijne z krajów zachodnich, konkretni ludzie z Europy Zachodniej, USA, Kanady, już bez naszego pośrednictwa potrafią wspierać Polonusów ze Wschodu - dodaje Wojciech Dębowski, oceniając to zjawisko jako bardzo pozytywny aspekt zawodów.


- Nie zapomnimy o was! - oświadczył Zdzich Marszalik z Quebecu rozstając się z nowo poznanymi rodakami ze Wschodu. I ta prosta fraza, tak przecież czasami prozaiczna, zadźwięczała w sercach tych, których przodkom przypadł los męczeński, szczerzej od brzęku zdobytych medali. Może w tym właśnie najgłębiej ujawnił się sens olimpiady, która oznacza przecież czas pojednania w najpełniejszym tego słowa znaczeniu.



Chwile pożegnania osładzała nadzieja podtrzymania nawiązanych kontaktów, no i odświeżenia ich na czwartych Polonijnych Igrzyskach Zimowych "Beskidy 2006". Bo na tych było przecież - fantastycznie! Minęło - szkoda, że tak prędko! Ale - za dwa lata znów spotkamy się w Beskidach.

Wojciech Grzelak z Ałtaju

 

logo_msz2
Przedsięwzięcie finansowane ze środków otrzymanych od Kancelarii Senatu w 2016 roku w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą.
FACEBOOK